„WHALE RIDER”

Tradycja to wartość, której znaczenia nie można przecenić. Ona podtrzymuje więzi, uświadamia nam nasze miejsce w czasie, naszą przeszłość, fakt, że nie jesteśmy zawieszeni w próżni, że nie jesteśmy samoistni – mamy swoją historię, jesteśmy jej częścią i sami ją tworzymy.
Z drugiej strony jednak tradycja może stać się obosieczną bronią. Trzymając się jej kurczowo można stracić świeżość widzenia, zgubić proporcje i przestać dostrzegać właściwą istotę sprawy. Zapomnieć, jak się zrodziła, a przede wszystkim – po co. Staje się martwą literą, w której liczy się forma, a treść schodzi na dalszy plan.

Na wschodnim krańcu Nowej Zelandii Maorysi kultywują wiarę w mityczną postać swojego przodka Paikea, który ocalił życie dopływając do brzegu na grzbiecie wieloryba. Od tej pory w każdym pokoleniu Whangara pierworodny syn jest uznawany za następcę Paikea i przywódcę społeczności. Ten rytm, niezmienny i ustalony od setek lat, nagle ulega zakłóceniu. Żona przywódcy umiera przy porodzie, wydając na świat bliźnięta – chłopca i dziewczynkę – chłopiec jednak rodzi się martwy. Dla wiernego wiekowym tradycjom Koro, kultywującego zasady rodu Whangara, ta tragedia jest osobistą porażką. Koro nie potrafi pogodzić się z myślą, że jego wnuczka – dziewczynka – miałaby stać się wodzem, pełnić rolę od dawien dawna zarezerwowaną dla mężczyzn. I pomimo całego uczucia, jakim obdarza Paikea, zwaną w rodzinie Pai, tego jednego nie potrafi jej wybaczyć – że nie urodziła się chłopcem. Kiedy Pai postanowi zmierzyć się z utrwalonymi schematami, to przede wszystkim uprzedzenia swojego dziadka będzie musiała pokonać.

„Whale Rider” to magiczna opowieść o tym, jak tradycja zmaga się ze współczesnością. W czasach, gdy rytualne obrzędy wydają się nie mieć racji bytu w świecie pędzącym ku przodowi coraz szybciej i coraz bardziej na oślep, kiedy lokalne społeczności wtapiają się w krajobraz, zapominając o swojej historii i swoich korzeniach, samotna dziewczynka, wierna głosowi powołania, o którym nie pozwala sobie zapomnieć, szuka drogi, by świat wierzeń jej przodków mógł przetrwać. Nie chodzi o to, by pozostał nietknięty. To niemożliwe, bowiem rytm życia i realia tegoż zmieniły się diametralnie. Tradycja, aby przetrwać, musi zmienić oblicze. Stać się wspólnym dobrem, którego istotą jest jedność, nie konflikt. Współpraca i wzajemna pomoc. Troska o coś, co jest wartością dla wszystkich. Tak jak Pai mówi podczas przemówienia na przedstawieniu szkolnym, nawet najlepszy wódz bywa zmęczony, opada z sił, staje twarzą w twarz ze słabością. Ale prawdziwa siła społeczności tkwi w tym, jak bardzo jest zjednoczona. Ceni godność swoich przodków, jednocześnie z uporem walcząc o własną, budowaną wspólnym wysiłkiem niezależnie od okoliczności. Patrząc jedynie w przeszłość, traci się z oczu perspektywy przyszłości. Pai rozumie obawy swojego dziadka. Wie, jak bardzo Koro lęka się o integralność ich świata, jak wiele dostrzega dla niego zagrożeń, chociażby na przykładzie własnych synów, z których jeden tuła się po świecie, szukając dla siebie uznania w oczach obcych ludzi, którzy nigdy nie pojmą tego, w czym wyrósł, a drugi gnuśnie przepędza dzień za dniem. Koro dostrzega choroby drążące jego ukochane dziedzictwo – samotność, kontestację, marazm, niewiarę, zapomnienie. To jednak, co Pai również dostrzega, a do czego Koro musi dopiero dojrzeć, to prawdziwy sekret tych niepowodzeń. Nie chodzi o przekleństwo, o to, że bogowie odwrócili się plecami i odmawiają swojego błogosławieństwa. Chodzi o to, by ponownie nawiązać z nimi dialog, w nowym języku, tak by pradawna inkantacja zachowała swój sens w każdej rzeczywistości. O to, by przeciwstawić miłość i szacunek sztywnym zasadom hierarchicznym. Kiedyś bogowie oceanu wsparli Paikea i ocalili mu życie – teraz to oni czekają na ocalenie. Harmonia między tymi dwoma światami jest wypadkową uczucia, nie kodeksów ani norm, które mają znaczenie wywoławcze, budują jedynie ramy. Dlatego Pai nie rezygnuje z walki – o utrzymanie przeznaczonej jej roli i o akceptację tego tak kochanego, a tak wciąż dalekiego dziadka, który upiera się dostrzegać winę tam, gdzie kryje się szansa. I można powiedzieć, że te dwa cele są właściwie jednym.

To piękny, przejmujący i magiczny film, który portretuje jednocześnie świat, który przemija, i świat, który ma szansę się narodzić. Tradycję, której pielęgnacja wymaga przyjęcia nowych wyznaczników, nowych – a jednocześnie odwiecznych. Wiara, odwaga i siła wyprowadziły Paikea na nowy ląd, podobnie jak wyprowadziły wiele wieków później jego potomkinię. Oboje podjęli to samo wyzwanie i oboje otrzymali pomoc, o którą prosili. Nowe lądy pojawiają się stale. Ważne, by zawsze znalazł się ktoś, kto zechce je spenetrować, jak również, żeby znaleźli się tacy, którzy będą mieli odwagę za nim podążyć. Jak ci, którzy zaufali pierwszemu Paikea…chociaż zapewne niełatwo im było tak po prostu uwierzyć. Właśnie tego Koro uczy się od swojej wnuczki.
Czar tego filmu to w dużej mierze zasługa odtwórczyni głównej roli. Zaiste, czapki z głów przed młodziutką Keishą Castle-Hughes, łączącą w sobie nieodparty urok z niewinnością i niezwykłą ekranową charyzmą. Sposób, w jaki oddaje upór, determinację, a jednocześnie wrażliwość i delikatność Paikea zasługuje na wszelkie możliwe laury. Ponadto wspaniały jest duet miłości i rywalizacji, jaki Keisha tworzy ze swoim filmowym dziadkiem – Koro, w którego wcielił się Rawiri Paratene. Śledzenie meandrów ich wzajemnej relacji, nasyconej emocjami, złożonej, wielowarstwowej psychologicznie jest fascynujące. Film bardzo mądry, bardzo ciepły, bardzo szczery – nie do przegapienia.

Autor recenzji: Karolina Chymkowska – DEJNA
www.film.org.pl

WHALE RIDER 
(JEŹDZIEC WIELORYBÓW)
Nowa Zelandia
/Niemcy 2002
reżyseria – Niki Caro, scenariusz – Niki Caro
na podstawie powieści Witi Ihimaera
zdjęcia – Leon Narbey
muzyka – Lisa Gerrard
występują:
Keisha Castle-Hughes 
(jako Paikea)
Rawiri Paratene 
(jako Koro)
Vicki Haughton 
(jako Nanny)
Cliff Curtis 
(jako Porourangi)
Grant Roa 
(jako wujek Rawiri)
Mana Taumanu 
(jako Hemi)

Dodaj komentarz